poniedziałek, 29 grudnia 2008

retrospekcje czyli rzut okiem na ostatni rok.

Tak na wstępie chciałem podziękować wszystkim za komentarze i rady odnośnie sytuacji opisanej w poprzednim wpisie. Chyba udało się wypracować jakiś kompromis i myślę, że idzie ku lepszemu :)

A teraz część wpisu właściwa.

Końcówka roku to taki czas, kiedy wszyscy robią podsumowania wszelkiego rodzaju itp. Sam wyjątkiem nie jestem. Przy czym nie mam zamiaru babrać się w podsumowania miesięczne , tygodniowe (i inne tego typu) i zająć się tylko najważniejszymi rzeczami, które przydarzyły mi się w roku 2008 i rozmaitymi przemyśleniami z nimi związanymi.

Otóż w tym roku rozwalił mi się związek. Może to wygląda jakbym to wypowiedział jednym tchem, splunął na chodnik i szedł dalej, ale tak nie jest. Ciężko mi o tym pisać, bo rozmaite przemyślenia jakie pojawiały mi się w głowie od wczesnej wiosny (którą moge uznać za początek końca), przybierały rózne formy i morfują ciągle, dlatego pozwolę sobie na mały strumień świadomości. Przede wszystkim żałuje, ze nie przetrwało to nawet roku. Z różnych powodów. Do siebie mogę mieć pretensje, że zbyt mało razy dawałem Jej znać, o tym co mnie boli w jej zachowaniu. Moge mieć też pretensje o to, że zbyt wiele razy dawałem się podchodzić różnego rodzaju prowokacjom czy "testom". No i to, że zbyt mało razy przeprowadzaliśmy szczere rozmowy ze sobą. Z perspektywy czasu nie umiem powiedzieć, czy zachowałbym się podobnie, ale pewnie tak. Jestem idealistą, który na codzień łazi z głową w chmurach i czasem po prostu nie umie z nich zejść. Nie znalazłem zbyt wielu podobnie myślących ludzi, do czasu gdy nie poznałem Jej. Może te ideały i marzenia, które zaczęliśmy wspólnie snuć w czerwcu 2007 rozmyły się w pewnym momencie, może zbyt daliśmy się ponieść rzeczywistości czy też złym emocjom, których nie potrafiliśmy ujarzmić w porę. Nie wiem. Zwyczajnie nie mam pojęcia. Dla mnie dzielenie życia z osobą, którą się kocha oznacza stabilizację (nie rutynę!) pewnego rodzaju. Ja za Ciebie, Ty za mnie. Ty czujesz się przy mnie bezpiecznie, a ja mam zawsze się gdzie schronić przed światem, gdy ten bywa zbyt przygniatający. I przede wszystkim to poczucie, że możesz absolutnie wszystko. Nie straszne jest ci nic, bo wiesz, że masz wsparcie tej osoby, której oddałeś to masz najdroższego w sobie - serce. W pierwszych trzech miesiącach tak faktycznie było. We wrześniu 2007 zaczęło coś pękać, ale nie na tyle by można było mówić o kryzysie, ale nie było dobrze. Sam czułem się trochę zaniedbywany i traktowany jak ktoś, kim nie warto chwalić się przed światem, a uczucie to coś, o czym nie warto mówić w szerszym gronie. Ale przeżyłem to jakoś. Grudzień na powrót obudził w nas nadzieje na to, że może być tak wspaniale jak latem. Wspólny Sylwester był przeżyciem nie do zapomnienia, a cała masa zdarzeń "po" to juz w ogóle kosmos, który dzisiaj wywołuje w nas salwy niepohamowanego smiechu (prawda? :)). Zima i początek wiosny to seria zdarzeń (zwłaszcza tzw. czarne piątki w stolicy Wielkopolski), która sprawiła, że zaczęlismy żyć jakoś obok siebie. Obok siebie, ale odczuwałem (ba, czuję nadal), że ten magnetyczny ogień, który ciągnął nas ku sobie, gdzieś panoszy się głęboko wewnątrz nas obojga i nie umie znaleźć sobie miejsca wewnątrz nas.

Przyszło mi się na Niej (w pewnym sensie), zawieść, gdy przeżywałem swój pierwszy poważny sukces na polu artystycznym. Chodzi o studencką wystawę "Kontrasty", która odbyła się 19.3.2008 w jednym z konińskich klubów. Celem wystawy było ukazanie zjawiska kontrastu w różnych sztukach: poezji, grafice, rysunku i muzyce (hey, that's me! :D). Zjawiło się dużo ludzi, trochę mediów (wywiady robili z nami, do you feel me? :D). Wszystko okej, gdyby nie to, że miast cieszyć się, tym, że odniosłem *jakiś* sukces, dostałem w twarz niemym pytaniem "A czemu to nie ja?" Wydało mi się to dziwne, bo przecież szczęście to chyba jedyna rzecz na tym świecie, która się mnoży, jeśli tylko się nią podzielisz. Okazało się, że nie w tym przypadku. Pomijając te nieprzyjemności, wystawa okazała się strzałem w dziesiątkę. Tutaj chylę czoła nad współorganizatorami i ludziskami, którzy przyszli obejrzeć/poczytać/posłuchać to cośmy wypłodzili. Jeśli zapomniałem Wam podziękować, to pozwólcie że zrobię to teraz. Pjona!

Wrzesień (sorry za przeskok), był czasem gdy trzeba było się rozstać z uczelnią spod znaku Zielonego Rumaka :P Tzw. sesja ostateczna, gdzie niewielka grupa skazańców, w tym Ona i ja, broniliśmy swoje prace licencjackie. Przyznam się, ze tyle chyba żaden okres nie zbliżył nas do siebie tak bardzo jak oczekiwanie na wyniki poprawek. Tylu nerwów/emocji/nieprzespanych nocy/zgrzytania zębami/rzucania o ścianę "kurwami", "chujami" i "ojapierdolami" nie dotarczyła nam chyba żadna wcześniejsza sesja. To było coś. Zbliżenie jakieś takie i poczucie tego, że jesteśmy sobie potrzebni. Ale znowuż za krótko, za mało. Ugh.

Wrzesień był też czasem intensywnego szukania przeze mnie pracy. Powodem były studia, które musiałem kontynuować (a za które, trza było zapłacić). Po niepowodzeniach i ciągłych ciosach w plecy ze strony rodziców, myślałem, że już nie wytrzymam psychicznie, ale w końcu się udało. Na studia też się dostałem, a właściwie dostaliśmy się. Ponieważ jesteśmy oboje na jednym roku, i, po małej batalii, również w jednej grupie ćwiczeniowej. Same studia są zupełnie niezłe. Jest kilka osób, z którymi sporo przeżyło się jeszcze na licencjacie w Zielonym Rumaku. Jest też jeden znajomy wykładowca ze starej uczelni z którym mamy Abuse/Misuse/Use of English/niepotrzebne skreslić :P :) Celowo o tym wspominam, bo tekst "You again! Ahm..." jakim nasza grupka dostała po uszach podczas pierwszych zajęć ciagle robi na mnie niesamowite wrażenie ;D

Jesień i bezśnieżna zima póki co upływa leniwie, a ja w kwestii uczuć sam nie wiem co ze sobą zrobić, co mysleć. Minęło już tak dużo czasu, jest tak wiele ciągle żywych wspomnień. Ale też z drugiej strony, myślę że lepiej patrzeć w przód. Mimo, że nadziei na szczęśliwe ułożenie się wszystkich spraw między nami jest we mnie coraz mniej. Oby do jakiegoś przełomu (nieważne, w którą stronę), doszło szybciej niż sami się tego spodziewamy. Póki co łączy nas przyjaźń i chęć muzykowania. A jak nasze relacje się potoczą, nie wiem.

Zbliżając się do końca tej kilometrowej notki, muszę wspomnieć o kilku osobach, które ten mijający rok uczyniły bardzo kolorowym (zwłaszcza jeśli chodzi o wspólne próby edukowania się w Zielonym Rumaku), a miejscami wręcz nieźle pojechanym :) . Asiek, Filip, Kama, Kamil, Daria, Emil i reszta ekipy. Major thanks to all of you people! Without you it wouldn't be the same! Cheers!

A wszystkim czytającym tego bloga, chcę życzyć mnóstwo szczęścia i pomyślności w Nowym Roku 2009. Oby wszelkie Wasze zamierzenia przyniosły oczekiwane rezultaty! Najlepsiejszego!

środa, 17 grudnia 2008

słuszność własnych zasad.

Gdy to piszę, jest już dość późno. W zasadzie winnem już iść spać, ale muszę napisać tę notkę. Wyjątkowo dzisiaj zależy mi na komentarzach, więc jeśli przeczytaliście to co dziś napisałem i zakołatały Wam w głowach jakieś przemyślenia, proszę o, choćby anonimowy, ale zawsze komentarz. To dla mnie ważne, choć w zasadzie być ważne nie powinno.

Jestem przepotężnie zmęczony pracą. Tak jest prawie każdego dnia. Ostatnie dwa tygodnie wycisnęły ze mnie ostatnie soki i dlatego nie moge się doczekac dnia, aż w końcu pieprznę się do łóżka ze świadomością, że nie będe musiał wstawać po szóstej rano i widzieć kolegów/koleżanek z pracy jak również tych kilku wybranych młodocianych facjat, które tylko kombinują jak mi pracę umilić (to celowa ironia).

Wielokrotnie wkurwiało mnie podejście "szarych ludziów" do zawodu nauczyciela. Że to każdy głupi potrafi, że to jego/jej wina kiedy dziecku coś nie pójdzie, itp. itd. Po dzisiejszym dniu odnoszę wrażenie, że moi rodzice - prości robotnicy - myślą dokładnie to samo. "Przedmiotem" kłotni była moja siostra. A właściwie jej złe oceny z angielskiego i moje podejście do kwestii tzw. wszelkiej pomocy. Otóż miałem czelność powiedzieć "nie". Pewnie w tej chwili pomyślicie, że mnie zdrowo popierdoliło, ale byłem w pełni świadom tego co mówie, jak również uzbrojony byłem w cały szereg argumentów przemawiających za słusznością mej decyzji.

Moja siostra jest w klasie maturalnej. Orłem nigdy nie była. Z niczego. Angielski nie stanowił wyjątku. Kiedy w rodzinie było wiadome że dostałem prace w jednej z najlepszych szkół w mieście, cieszyli się wszyscy. Siostra również. Z początku sądziłem, że bedzie to stanowiło jakiś bodzieć do nauki, coś w rodzaju motywacji. Ta radość skłaniała mnie do myślenia, że tak właśnie będzie. What a bullshit. Wielokrotnie czekałem na to, aż siostra przyjdzie do mnie, z prośbą by coś jej wytłumaczyć. No i doczekałem się. Jakieś 3 tygodnie przed próbna maturą i lista słowek do tłumaczenia i siostrzana śpiewka "Ej, przetłumacz mi to, bo muszę..."

Co, proszę?

"Ej, bo mature mam i muszę..." Sorry, ale nie. Gdzie byłaś do tej pory? Jak trwoga to do Boga, co? Nie tym razem. Twoje jedynki z angielskiego i brak podstawowej wiedzy to nie jest mój problem. Bo jeśli Tobie nie zależy, to czemu ma zależeć mnie? Ja nie mam zamiaru zdawać za Ciebie matury. Wolałaś się opieprzać przez 4 lata - super. Ale nie do mnie z pretensjami o TWOJE oceny.

Oczywiście posypały się gromy od rodziców.
Rodzice: Jesteś jej bratem i to Twój obowiązek jej pomóc.
ODP: Nie. Nie będe nazywał pomocą odwalenia wszystkiego za nią tak jak było to przez całą edukacje w szkole podstawowej, gimnazjum i teraz w szkole średniej. Mogę naprowadzić, ale nie zrobić wszystko i podać na tacy.
Rodzice: Ale obcym to pomagasz, a własnej siostrze nie chcesz pomóc.
ODP: Bo widzę motywacje, szczere chęci do poprawiania, i to że im na tym wszystkim zależy. Jej nie. I nigdy nie zależało. Zawsze tylko "zrób, napisz, przetłumacz". Bez żadnego "dziękuje" ani nawet "pocałuj mnie w dupę..." Nigdy więcej. Zwłaszcza gdy moja praca przynosi "efekty" w postaci kolejnych jedynek.
Rodzice: Może byś tak przestał się unosić honorem nauczyciela. Pamiętaj, że nie jesteś w pracy. Jesteś w domu i jej pomóż.
ODP: Nie, jeśli będe widział podobne zachowanie. I nic mnie nie obchodzi, że jestem w domu. Nie mam zamiaru łamać własnych zasad. I to jest żaden honor. To WY tu popełniliście błąd, nie ja. Sam mogę tylko żałować, że częściowo przyczyniłem się do tej sytuacji i nie przejrzałem na oczy wcześniej. Nie będe tego robił tylko dlatego że nagli czas, niedługo próbna matura i że słabe oceny. 4 lata to był odpowiednio długi czas na naukę i przyswojenie sobie podstaw. I nie uwierze w żadne bzdury, że na lekcjach siostry klasa nie robi nic. Nie wiem, czy znajdzie się ktoś w tym fachu, kto nie traktowałby tej pracy odpowiednio poważnie. Zmiany nauczycieli mogły mieć wpływ na jakieś braki, ale jedna zmiana? Jako komentarz mogę powtórzyć tylko "WHAT A BULLSHIT".
Rodzice: Jesteś wstrętny, dostawałeś wszystko pod nos kiedy tylko chciałeś, a teraz odpłacasz się takim chamstwem. Zawiedliśmy się na Tobie (z wyrzutem). Godzinkę mógłbyś jej poświęcić codziennie.
ODP: Ja nie mam zamiaru za nią ganiać. Czemu ona nie może pokazać, że jej zależy? Czemu? A co z moim własnym czasem. Pracuje w dwóch miejscach. Przyjde z jednego, zjem obiad, a potem znowu do drugiego. Dajcie mi się przygotować do pracy, lub najzwyczajniej w świecie odpocząć. Ja nie jestem maszynką. Kiedy przychodzę po 18ej do domu, chyba mam prawo czuć się zmęczony, prawda?
Rodzice: Ale to Twoja siostra, obcym to robisz...

I tak wkoło Macieju. Można tkwić w tym błędnym kole aż do usranej śmierci. Nie będe wdawał się w żadne dyskusje ani z rodzicami, ani z siostrą. Zastanawiam się tylko, czy mam rodzine przeciwko sobie dlatego, że to RODZINA, czy też dlatego iż faktycznie postępuje źle. Jeśli coś Wam, czytelnikom coś świta w głowach po przeczytaniu tej kilometrowej notki, proszę o SZCZERY (nawet anonimowy) komentarz. Nie wiem na ile wyobrażenie czy obraz mojej osoby się zmienił po przeczytaniu tego wpisu, ale musiałem to napisać. Jeśli to wg Was zmiana na gorsze, bardzo mi przykro. Każdą opinie na swój temat przyjmę na twarz. Jeśli jest OK lub w Waszej ocenie jestem człowiekiem z jakimiś zasadami, fajnie. I teraz z czystej ciekawości zadaję pytanie Wam - czytelnikom. Czy postępuje dobrze czy źle?

sobota, 13 grudnia 2008

zapiski z wędrówek po północy.

"...po nocy pełnej wrażeń gdzieś u mnie w domu obudził mnie słoneczny dzień. Ona spała tuż obok. Wiem, że czas już wstać. Obudziłem ją całusem, a jej słodkie, mruczane "dzień dobry" łagodnie muskało moje uszy..."

---

"...dziś jest niesamowicie. Słońce praży, czasem zawieje słaby chłodny wiatr. Fantastyczny dzień na spacer po mieście. Może wybiorę się z nią na jakieś lody? A może... Już wiem! Księgarnia będzie doskonałym wyborem. Nawet nie musiałem nic mówić, ani o nic pytać. Te śmiejące się do mnie oczy, tylko utwierdzały w przekonaniu, że wybrałem dobrze..."

---

"...dziś lekcja języka rosyjskiego była wyjątkowo nudna. Trzecie zajęcia z rzędu gramatyka. Jak lubiłem rosyjski, to dziś myślałem, że te zajęcia odbiją mi się czkawką. Nie miałem ochoty robić tych samych ćwiczeń n-ty raz. Wolałem zajać się tą słodyczą siedząca obok mnie, tuż przy oknie. Ona nie miała ochoty, choć jej oczy mówiły coś zupełnie innego. Opierała sie długo. Dla mnie czas nie miał znaczenia. Nawet nie wiedziałem, kiedy zajęcia zleciały i czemu zostaliśmy sami w tej ostatniej, przyokiennej ławce pracowni językowej. Wiedziałem za to, czemu chcieliśmy tu zostać. Mimo śmiechów i gwizdów za oknem..."

---

Tęsknie. A niech to...

OST:
Kasia Kowalska - Antepenultimate
Uwielbiam "smęty" tej kobiety. Nowa płyta to chyba najlepszy soundtrack dla tych kilku, wyrwanych z kontekstu scenek z mojej podświadomości. Polecam gorąco. Nie tylko na samotne , zimne wieczory.