Tak na wstępie chciałem podziękować wszystkim za komentarze i rady odnośnie sytuacji opisanej w poprzednim wpisie. Chyba udało się wypracować jakiś kompromis i myślę, że idzie ku lepszemu :)
A teraz część wpisu właściwa.
Końcówka roku to taki czas, kiedy wszyscy robią podsumowania wszelkiego rodzaju itp. Sam wyjątkiem nie jestem. Przy czym nie mam zamiaru babrać się w podsumowania miesięczne , tygodniowe (i inne tego typu) i zająć się tylko najważniejszymi rzeczami, które przydarzyły mi się w roku 2008 i rozmaitymi przemyśleniami z nimi związanymi.
Otóż w tym roku rozwalił mi się związek. Może to wygląda jakbym to wypowiedział jednym tchem, splunął na chodnik i szedł dalej, ale tak nie jest. Ciężko mi o tym pisać, bo rozmaite przemyślenia jakie pojawiały mi się w głowie od wczesnej wiosny (którą moge uznać za początek końca), przybierały rózne formy i morfują ciągle, dlatego pozwolę sobie na mały strumień świadomości. Przede wszystkim żałuje, ze nie przetrwało to nawet roku. Z różnych powodów. Do siebie mogę mieć pretensje, że zbyt mało razy dawałem Jej znać, o tym co mnie boli w jej zachowaniu. Moge mieć też pretensje o to, że zbyt wiele razy dawałem się podchodzić różnego rodzaju prowokacjom czy "testom". No i to, że zbyt mało razy przeprowadzaliśmy szczere rozmowy ze sobą. Z perspektywy czasu nie umiem powiedzieć, czy zachowałbym się podobnie, ale pewnie tak. Jestem idealistą, który na codzień łazi z głową w chmurach i czasem po prostu nie umie z nich zejść. Nie znalazłem zbyt wielu podobnie myślących ludzi, do czasu gdy nie poznałem Jej. Może te ideały i marzenia, które zaczęliśmy wspólnie snuć w czerwcu 2007 rozmyły się w pewnym momencie, może zbyt daliśmy się ponieść rzeczywistości czy też złym emocjom, których nie potrafiliśmy ujarzmić w porę. Nie wiem. Zwyczajnie nie mam pojęcia. Dla mnie dzielenie życia z osobą, którą się kocha oznacza stabilizację (nie rutynę!) pewnego rodzaju. Ja za Ciebie, Ty za mnie. Ty czujesz się przy mnie bezpiecznie, a ja mam zawsze się gdzie schronić przed światem, gdy ten bywa zbyt przygniatający. I przede wszystkim to poczucie, że możesz absolutnie wszystko. Nie straszne jest ci nic, bo wiesz, że masz wsparcie tej osoby, której oddałeś to masz najdroższego w sobie - serce. W pierwszych trzech miesiącach tak faktycznie było. We wrześniu 2007 zaczęło coś pękać, ale nie na tyle by można było mówić o kryzysie, ale nie było dobrze. Sam czułem się trochę zaniedbywany i traktowany jak ktoś, kim nie warto chwalić się przed światem, a uczucie to coś, o czym nie warto mówić w szerszym gronie. Ale przeżyłem to jakoś. Grudzień na powrót obudził w nas nadzieje na to, że może być tak wspaniale jak latem. Wspólny Sylwester był przeżyciem nie do zapomnienia, a cała masa zdarzeń "po" to juz w ogóle kosmos, który dzisiaj wywołuje w nas salwy niepohamowanego smiechu (prawda? :)). Zima i początek wiosny to seria zdarzeń (zwłaszcza tzw. czarne piątki w stolicy Wielkopolski), która sprawiła, że zaczęlismy żyć jakoś obok siebie. Obok siebie, ale odczuwałem (ba, czuję nadal), że ten magnetyczny ogień, który ciągnął nas ku sobie, gdzieś panoszy się głęboko wewnątrz nas obojga i nie umie znaleźć sobie miejsca wewnątrz nas.
Przyszło mi się na Niej (w pewnym sensie), zawieść, gdy przeżywałem swój pierwszy poważny sukces na polu artystycznym. Chodzi o studencką wystawę "Kontrasty", która odbyła się 19.3.2008 w jednym z konińskich klubów. Celem wystawy było ukazanie zjawiska kontrastu w różnych sztukach: poezji, grafice, rysunku i muzyce (hey, that's me! :D). Zjawiło się dużo ludzi, trochę mediów (wywiady robili z nami, do you feel me? :D). Wszystko okej, gdyby nie to, że miast cieszyć się, tym, że odniosłem *jakiś* sukces, dostałem w twarz niemym pytaniem "A czemu to nie ja?" Wydało mi się to dziwne, bo przecież szczęście to chyba jedyna rzecz na tym świecie, która się mnoży, jeśli tylko się nią podzielisz. Okazało się, że nie w tym przypadku. Pomijając te nieprzyjemności, wystawa okazała się strzałem w dziesiątkę. Tutaj chylę czoła nad współorganizatorami i ludziskami, którzy przyszli obejrzeć/poczytać/posłuchać to cośmy wypłodzili. Jeśli zapomniałem Wam podziękować, to pozwólcie że zrobię to teraz. Pjona!
Wrzesień (sorry za przeskok), był czasem gdy trzeba było się rozstać z uczelnią spod znaku Zielonego Rumaka :P Tzw. sesja ostateczna, gdzie niewielka grupa skazańców, w tym Ona i ja, broniliśmy swoje prace licencjackie. Przyznam się, ze tyle chyba żaden okres nie zbliżył nas do siebie tak bardzo jak oczekiwanie na wyniki poprawek. Tylu nerwów/emocji/nieprzespanych nocy/zgrzytania zębami/rzucania o ścianę "kurwami", "chujami" i "ojapierdolami" nie dotarczyła nam chyba żadna wcześniejsza sesja. To było coś. Zbliżenie jakieś takie i poczucie tego, że jesteśmy sobie potrzebni. Ale znowuż za krótko, za mało. Ugh.
Wrzesień był też czasem intensywnego szukania przeze mnie pracy. Powodem były studia, które musiałem kontynuować (a za które, trza było zapłacić). Po niepowodzeniach i ciągłych ciosach w plecy ze strony rodziców, myślałem, że już nie wytrzymam psychicznie, ale w końcu się udało. Na studia też się dostałem, a właściwie dostaliśmy się. Ponieważ jesteśmy oboje na jednym roku, i, po małej batalii, również w jednej grupie ćwiczeniowej. Same studia są zupełnie niezłe. Jest kilka osób, z którymi sporo przeżyło się jeszcze na licencjacie w Zielonym Rumaku. Jest też jeden znajomy wykładowca ze starej uczelni z którym mamy Abuse/Misuse/Use of English/niepotrzebne skreslić :P :) Celowo o tym wspominam, bo tekst "You again! Ahm..." jakim nasza grupka dostała po uszach podczas pierwszych zajęć ciagle robi na mnie niesamowite wrażenie ;D
Jesień i bezśnieżna zima póki co upływa leniwie, a ja w kwestii uczuć sam nie wiem co ze sobą zrobić, co mysleć. Minęło już tak dużo czasu, jest tak wiele ciągle żywych wspomnień. Ale też z drugiej strony, myślę że lepiej patrzeć w przód. Mimo, że nadziei na szczęśliwe ułożenie się wszystkich spraw między nami jest we mnie coraz mniej. Oby do jakiegoś przełomu (nieważne, w którą stronę), doszło szybciej niż sami się tego spodziewamy. Póki co łączy nas przyjaźń i chęć muzykowania. A jak nasze relacje się potoczą, nie wiem.
Zbliżając się do końca tej kilometrowej notki, muszę wspomnieć o kilku osobach, które ten mijający rok uczyniły bardzo kolorowym (zwłaszcza jeśli chodzi o wspólne próby edukowania się w Zielonym Rumaku), a miejscami wręcz nieźle pojechanym :) . Asiek, Filip, Kama, Kamil, Daria, Emil i reszta ekipy. Major thanks to all of you people! Without you it wouldn't be the same! Cheers!
A wszystkim czytającym tego bloga, chcę życzyć mnóstwo szczęścia i pomyślności w Nowym Roku 2009. Oby wszelkie Wasze zamierzenia przyniosły oczekiwane rezultaty! Najlepsiejszego!
A teraz część wpisu właściwa.
Końcówka roku to taki czas, kiedy wszyscy robią podsumowania wszelkiego rodzaju itp. Sam wyjątkiem nie jestem. Przy czym nie mam zamiaru babrać się w podsumowania miesięczne , tygodniowe (i inne tego typu) i zająć się tylko najważniejszymi rzeczami, które przydarzyły mi się w roku 2008 i rozmaitymi przemyśleniami z nimi związanymi.
Otóż w tym roku rozwalił mi się związek. Może to wygląda jakbym to wypowiedział jednym tchem, splunął na chodnik i szedł dalej, ale tak nie jest. Ciężko mi o tym pisać, bo rozmaite przemyślenia jakie pojawiały mi się w głowie od wczesnej wiosny (którą moge uznać za początek końca), przybierały rózne formy i morfują ciągle, dlatego pozwolę sobie na mały strumień świadomości. Przede wszystkim żałuje, ze nie przetrwało to nawet roku. Z różnych powodów. Do siebie mogę mieć pretensje, że zbyt mało razy dawałem Jej znać, o tym co mnie boli w jej zachowaniu. Moge mieć też pretensje o to, że zbyt wiele razy dawałem się podchodzić różnego rodzaju prowokacjom czy "testom". No i to, że zbyt mało razy przeprowadzaliśmy szczere rozmowy ze sobą. Z perspektywy czasu nie umiem powiedzieć, czy zachowałbym się podobnie, ale pewnie tak. Jestem idealistą, który na codzień łazi z głową w chmurach i czasem po prostu nie umie z nich zejść. Nie znalazłem zbyt wielu podobnie myślących ludzi, do czasu gdy nie poznałem Jej. Może te ideały i marzenia, które zaczęliśmy wspólnie snuć w czerwcu 2007 rozmyły się w pewnym momencie, może zbyt daliśmy się ponieść rzeczywistości czy też złym emocjom, których nie potrafiliśmy ujarzmić w porę. Nie wiem. Zwyczajnie nie mam pojęcia. Dla mnie dzielenie życia z osobą, którą się kocha oznacza stabilizację (nie rutynę!) pewnego rodzaju. Ja za Ciebie, Ty za mnie. Ty czujesz się przy mnie bezpiecznie, a ja mam zawsze się gdzie schronić przed światem, gdy ten bywa zbyt przygniatający. I przede wszystkim to poczucie, że możesz absolutnie wszystko. Nie straszne jest ci nic, bo wiesz, że masz wsparcie tej osoby, której oddałeś to masz najdroższego w sobie - serce. W pierwszych trzech miesiącach tak faktycznie było. We wrześniu 2007 zaczęło coś pękać, ale nie na tyle by można było mówić o kryzysie, ale nie było dobrze. Sam czułem się trochę zaniedbywany i traktowany jak ktoś, kim nie warto chwalić się przed światem, a uczucie to coś, o czym nie warto mówić w szerszym gronie. Ale przeżyłem to jakoś. Grudzień na powrót obudził w nas nadzieje na to, że może być tak wspaniale jak latem. Wspólny Sylwester był przeżyciem nie do zapomnienia, a cała masa zdarzeń "po" to juz w ogóle kosmos, który dzisiaj wywołuje w nas salwy niepohamowanego smiechu (prawda? :)). Zima i początek wiosny to seria zdarzeń (zwłaszcza tzw. czarne piątki w stolicy Wielkopolski), która sprawiła, że zaczęlismy żyć jakoś obok siebie. Obok siebie, ale odczuwałem (ba, czuję nadal), że ten magnetyczny ogień, który ciągnął nas ku sobie, gdzieś panoszy się głęboko wewnątrz nas obojga i nie umie znaleźć sobie miejsca wewnątrz nas.
Przyszło mi się na Niej (w pewnym sensie), zawieść, gdy przeżywałem swój pierwszy poważny sukces na polu artystycznym. Chodzi o studencką wystawę "Kontrasty", która odbyła się 19.3.2008 w jednym z konińskich klubów. Celem wystawy było ukazanie zjawiska kontrastu w różnych sztukach: poezji, grafice, rysunku i muzyce (hey, that's me! :D). Zjawiło się dużo ludzi, trochę mediów (wywiady robili z nami, do you feel me? :D). Wszystko okej, gdyby nie to, że miast cieszyć się, tym, że odniosłem *jakiś* sukces, dostałem w twarz niemym pytaniem "A czemu to nie ja?" Wydało mi się to dziwne, bo przecież szczęście to chyba jedyna rzecz na tym świecie, która się mnoży, jeśli tylko się nią podzielisz. Okazało się, że nie w tym przypadku. Pomijając te nieprzyjemności, wystawa okazała się strzałem w dziesiątkę. Tutaj chylę czoła nad współorganizatorami i ludziskami, którzy przyszli obejrzeć/poczytać/posłuchać to cośmy wypłodzili. Jeśli zapomniałem Wam podziękować, to pozwólcie że zrobię to teraz. Pjona!
Wrzesień (sorry za przeskok), był czasem gdy trzeba było się rozstać z uczelnią spod znaku Zielonego Rumaka :P Tzw. sesja ostateczna, gdzie niewielka grupa skazańców, w tym Ona i ja, broniliśmy swoje prace licencjackie. Przyznam się, ze tyle chyba żaden okres nie zbliżył nas do siebie tak bardzo jak oczekiwanie na wyniki poprawek. Tylu nerwów/emocji/nieprzespanych nocy/zgrzytania zębami/rzucania o ścianę "kurwami", "chujami" i "ojapierdolami" nie dotarczyła nam chyba żadna wcześniejsza sesja. To było coś. Zbliżenie jakieś takie i poczucie tego, że jesteśmy sobie potrzebni. Ale znowuż za krótko, za mało. Ugh.
Wrzesień był też czasem intensywnego szukania przeze mnie pracy. Powodem były studia, które musiałem kontynuować (a za które, trza było zapłacić). Po niepowodzeniach i ciągłych ciosach w plecy ze strony rodziców, myślałem, że już nie wytrzymam psychicznie, ale w końcu się udało. Na studia też się dostałem, a właściwie dostaliśmy się. Ponieważ jesteśmy oboje na jednym roku, i, po małej batalii, również w jednej grupie ćwiczeniowej. Same studia są zupełnie niezłe. Jest kilka osób, z którymi sporo przeżyło się jeszcze na licencjacie w Zielonym Rumaku. Jest też jeden znajomy wykładowca ze starej uczelni z którym mamy Abuse/Misuse/Use of English/niepotrzebne skreslić :P :) Celowo o tym wspominam, bo tekst "You again! Ahm..." jakim nasza grupka dostała po uszach podczas pierwszych zajęć ciagle robi na mnie niesamowite wrażenie ;D
Jesień i bezśnieżna zima póki co upływa leniwie, a ja w kwestii uczuć sam nie wiem co ze sobą zrobić, co mysleć. Minęło już tak dużo czasu, jest tak wiele ciągle żywych wspomnień. Ale też z drugiej strony, myślę że lepiej patrzeć w przód. Mimo, że nadziei na szczęśliwe ułożenie się wszystkich spraw między nami jest we mnie coraz mniej. Oby do jakiegoś przełomu (nieważne, w którą stronę), doszło szybciej niż sami się tego spodziewamy. Póki co łączy nas przyjaźń i chęć muzykowania. A jak nasze relacje się potoczą, nie wiem.
Zbliżając się do końca tej kilometrowej notki, muszę wspomnieć o kilku osobach, które ten mijający rok uczyniły bardzo kolorowym (zwłaszcza jeśli chodzi o wspólne próby edukowania się w Zielonym Rumaku), a miejscami wręcz nieźle pojechanym :) . Asiek, Filip, Kama, Kamil, Daria, Emil i reszta ekipy. Major thanks to all of you people! Without you it wouldn't be the same! Cheers!
A wszystkim czytającym tego bloga, chcę życzyć mnóstwo szczęścia i pomyślności w Nowym Roku 2009. Oby wszelkie Wasze zamierzenia przyniosły oczekiwane rezultaty! Najlepsiejszego!

5 komentarzy:
Oby następny rok był lepszy. To takie moje ciche życzenie, dla samego siebie... Pozdry ;)
O wystawie nic nie wiedziałam, więc przyjmij moje spóźnione gratulacje :)
Na Nowy Rok życzę wiele szczęścia - osobistego i zawodowego oraz pomyślnego rozwiązania nierozwiązanych spraw, a zwłaszcza tej dla Ciebie najważniejszej.
Czy nie za wcześnie na podsumowanie roku, który się jeszcze nie skończył? Obyś tego Sylwestra spędził inaczej, zwłaszcza jeśli chodzi o ten czas "po" :)
znając siebie ten Sylwester nie bedzie ani szczególny, ani nadzwyczajny (obym się pomylił), dlatego pozwoliłem sobie na podsumowanie juz teraz.
Nie ma za co m8 ;]
K.
Prześlij komentarz