ściana pierwsza:
spotykam cię, gdy sen powie „dobranoc”,
wyczekujesz każdego kroku, słowa i gestu
niczym zbawienia. ja zniszczyć cię nie umiem.
mogę wyrwać cegłę, lecz to za mało.
ściana druga:
jesteś pełna pęknięć, lecz mimo tego, trwasz dzielnie.
czasem będziesz równorzędnym przeciwnikiem w walce,
której nie chcę. mimo iż jestem z podobnej cegły zbudowany,
nie zaznałem pęknięć. jeszcze będziemy walczyć
po jednej stronie.
ściana trzecia:
masz twarz ukwieconą, lecz zdradliwą, zatrutą.
chłonę cię ostrożnie, by się nie ukłuć, wiem, że
tylko na to czekasz. wiem też, że gdzieś pod cierniami
i bluszczem, znajdę jakieś kwiaty i dojrzałe owoce.
ściana czwarta:
na tobie plamy z krwi, które nigdy nie chcą zaschnąć
i rany, które nie chcą się zabliźnić. z tobą zacząłem tę
wędrówkę. chcę byśmy skończyli ją oboje, lecz odurzający
smak krwi mi na to nie pozwoli.
ściana piąta:
chciałem być taki jak ty, ale to nie będzie mi dane. jesteś śliska
niczym lód, ale przyjemna w dotyku. by wspiąć się na szczyt,
potrzebuję słów zbyt mocnych i twarzy, która zapomniała czym
jest uśmiech.
ściana szósta:
wiem kim jesteś. kolejną cegłą w monolicie, w którym nie ma
miejsca dla mnie – zbudowanego z podobnego materiału.
to gra tajemnic, w którą bawimy się, gdy zgasną światła.
bo za dnia, płatasz mi figle, za którymi nie umiem nadążyć.
ściana siódma:
widzę wszystko jak na dłoni, tak jak ty. jestem pewien, że
jesteśmy tacy sami. krusi jak szkło, złączeni więzią
kontrastów. nie zatrzymujmy się, bo sam jestem ciekaw, gdzie
poniesie nas ten wiatr zmian.
słowo komentarza:
Coś się kończy, coś się zaczyna, chciałoby się rzec. Ciekawe tylko na jak długo starczy mi sił.
niedziela, 18 stycznia 2009
the forever moments.
Ta notka będzie krótka, bo po wczorajszej studniówce mam niewiele do powiedzenia. Nie dlatego, że było jakoś beznadziejnie, a wręcz przeciwnie. Mimo, że czasu mieliśmy mało, czuję się szczęśliwy. Te kilka chwil szczęścia próbowałem ubrać w słowa, jak tylko przekroczyłem próg domu. Nie dało się. Teraz stwierdzam, że to nawet i lepiej. Żadne słowo, wiersz, czy jakakolwiek inna próba zwerbalizowania uczuć i myśli, nie odda tego co naprawde siedzi we mnie w tej chwili. Zabawnym jest patrzeć w jakie skrajności pcha nas miłość. Od idealizacji po rezygnację od uwielbienia przez złość by z powrotem czuć się uskrzydlonym uczuciem, etc. Jeszcze niedawno, byłem już pogodzony z porażką, której studniówka miała być tylko potwierdzeniem, przypieczętowaniem. Jednak nie, okazało się, że w obojgu nas, coś jeszcze się tli. I bynajmniej nie jest to wątły płomyczek. Do rozbłyśnięcia tegoż pełnią mocy i ciepła, nie potrzeba było wielkich szaleństw, a tych wszystkich małych, z pozoru nic nie znaczących, rzeczy takich jak spojrzenie, dotyk dłoni czy zwyczajny, szczery uśmiech. Może jestem jakimś niewolnikiem chwili, ale ta była szczególna. Szczególna, bo dała do zrozumienia, że niektórych rzeczy nie da się tak łatwo usunąć, wyplenić z serca, choćby bardzo się chciało.
poniedziałek, 5 stycznia 2009
lovelines #01: dźwięk wspomnień.
Pamiętasz nas - te wieczne dzieciaki?
Nasze ścieżki splotły się,
gdy trzeba było obrać nowy szlak.
Pamiętasz gdy szeptałaś mi do ucha,
To droga bez powrotu, mówiłaś.
to Anioły dobroci upadają jako pierwsze.
Ja potykam się ciągle, ale ciągle tu jestem.
Niczym ślady stóp na piasku, tuż za Tobą.
Nigdy nie chciałem dać kresu tej nadziei.
Bo dalej śnić chcę ten wieczny sen,
tragedię dwojga – Pięknej i Bestii.
Bo nawet jeśli nie ocalisz mnie,
to Słońce, które wtedy wzeszło,
Słówko komentarza:Bo czasem konkretne chwile czy wspomnienia noszą tytuły ulubionych piosenek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
