Wypadałoby tu odkurzyć trochę. Niestety okazja nie jest zbyt miła (bo czy zdarzały się miłe?). Jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi, ale życie mi się sypie. Właściwie to już się posypało i teraz tylko ściskam w dłoniach gruzy, kamienie i piach. Czyli to co mi zostało z pieczołowicie budowanych marzeń i planów na przyszłość.
Kolejny miesiąc spędzony na bezskutecznym poszukiwaniu pracy doprowadził mnie chyba na skraj rozpaczy. A raczej tego co myślałem, że nim jest. Irytacja, poczucie rosnącej beznadziei i ciągła presja ze strony rodziców (okazjonalne kłótnie wliczone w cenę podróży) sprawiały, że żyć mi się nie chciało. Gdzieś na boku, z dala od rzeczywistości i codziennej szarzyzny kombinowałem jak przełamać impas w życiu osobistym. Tegoroczne Walentynki miały być w jakiś sposób przełomowe. W pewnym sensie były. Szkoda tylko, że na minus. Moja Wybranka otrzymała dosyć osobisty list, w którym napisałem co mi na sercu leży i zaproponowałem spotkanie przy kawie/herbacie. Niestety nasze spotkania odbywają się li tylko i wyłącznie podczas uczelnianych zjazdów, więc na odpowiedź przyszło mi poczekać dwa tygodnie. Przez ten czas wyobraźnia podpowiadała mi najprzeróżniejsze obrazki. Barwne, sielankowe, kolorowe i pełne ciepła. A to wszystko w nadziei, że uda mi się wrócić na prostą. Jestem (na swoje nieszczęście) taką kreaturą, która postrzega miłość (i pozytywne uczucia ogólnie) jaką napędową siłę wszystkiego innego w życiu. Tak do tej pory egzystowałem sobie i, póki co, nie wygląda na to by to uległo zmianom. Tak czy inaczej, doczekałem się wreszcie odpowiedzi. Umówiliśmy się niedzielnym porankiem w najmniej obleganej części uczelni i szczerze porozmawialiśmy przez chwile. To właśnie wtedy usłyszałem, że niestety nic z tego. Moja Wybranka okazała się mieć nieco inne priorytety niż ja. Nauka ponad uczucia. Uszanowałem w pełni jej decyzję, choć coś we mnie pękło. Przy czym nie chciałem by ta gorycz przesłoniła mi, było-nie-było, naszą całkiem sympatyczną relację. Dalsza rozmowa tej feralnej niedzieli stoczyła się na bardziej przyziemne/błahe sprawy. Potem wróciłem do "swoich" (jesteśmy w innych grupach ćwiczeniowych) i próbowałem przetrwać te 4,5 godziny bez większego wysiłku intelektualnego. Tego dnia nie potrafiłem myśleć o niczym innym. Nawet dwie czwórki z Academic Writingu nie zdołały wrócić uśmiechu na moją facjatę. Zmęczony wyjątkowo wyczerpującym, zarówno fizycznie i psychicznie, zjazdem wróciłem do domu i nie miałem co ze sobą zrobić. Była tylko ochota na zakatowanie się najbardziej dołującymi kawałkami jakie tylko były w zasięgu mojej podręcznej plejlisty. Nie było (i nie ma) we mnie złości ani nienawiści w jej kierunku. Jest wielki szacunek i podziw. W mojej głowie za to pojawiły się miliony pytań. Czy to ze mną coś nie tak? Czy aby na pewno wszystko zrobiłem dobrze? Może pośpieszyłem się i przestraszyłem ją tą propozycją? Nie wiem, zwyczajnie nie wiem.
Wiem tylko tyle, że ciężko mi będzie się z tego otrząsnąć. Postawiłem wszystko co mam na jedną kartę i przegrałem. Życie, chciałoby się powiedzieć. No cóż, ja takiego życia mam dość. Dosyć czekania na cud, dosyć działania w różnych kierunkach (by i tak w końcu dowiedzieć się, że to co się robi jest nikomu niepotrzebne - ot, żyjemy w czasach gdzie człowiek inwestujący w siebie coraz więcej jest dla społeczeństwa nic nie wartym śmieciem) by w końcu dowiedzieć się że jest się nikim. Nieciekawa perspektywa, najdelikatniej rzecz ujmując.
W sumie gdyby nie przyjaciele (K. & J. - major thanks to you both, you're the best), pewnie zdechłbym ze zgryzoty. Nadal mam w sobie pełno goryczy i coraz mniejsze pokłady nadziei, że kiedyś odbiję się od dna i wszystko wróci na właściwe tory. Pozostaje mi tylko czekać (i tak spędziłem na tym 3/4 swojego dorosłego życia, więc mam to gdzieś). Wiem, że złamane serce uda mi się skleić prędzej czy później. A co z resztą, bladego pojęcia nie mam. Chciałoby się przytoczyć fajne powiedzonko, które zatrzymało mój wzrok pewnego szarego dnia, a brzmi ono: "never a failure - always a lesson". Nie wiem tylko czy już dorosłem do tego by zidentyfikować się z nim w stu procentach.
Jest już marzec i wiosna puka do okien/drzwi, ale nie umiem się tym cieszyć. Przepraszam.
OST:
Placebo - The Bitter End (z albumu "Sleeping With Ghosts")
Opeth - Coil (z albumu "Watershed")
Kolejny miesiąc spędzony na bezskutecznym poszukiwaniu pracy doprowadził mnie chyba na skraj rozpaczy. A raczej tego co myślałem, że nim jest. Irytacja, poczucie rosnącej beznadziei i ciągła presja ze strony rodziców (okazjonalne kłótnie wliczone w cenę podróży) sprawiały, że żyć mi się nie chciało. Gdzieś na boku, z dala od rzeczywistości i codziennej szarzyzny kombinowałem jak przełamać impas w życiu osobistym. Tegoroczne Walentynki miały być w jakiś sposób przełomowe. W pewnym sensie były. Szkoda tylko, że na minus. Moja Wybranka otrzymała dosyć osobisty list, w którym napisałem co mi na sercu leży i zaproponowałem spotkanie przy kawie/herbacie. Niestety nasze spotkania odbywają się li tylko i wyłącznie podczas uczelnianych zjazdów, więc na odpowiedź przyszło mi poczekać dwa tygodnie. Przez ten czas wyobraźnia podpowiadała mi najprzeróżniejsze obrazki. Barwne, sielankowe, kolorowe i pełne ciepła. A to wszystko w nadziei, że uda mi się wrócić na prostą. Jestem (na swoje nieszczęście) taką kreaturą, która postrzega miłość (i pozytywne uczucia ogólnie) jaką napędową siłę wszystkiego innego w życiu. Tak do tej pory egzystowałem sobie i, póki co, nie wygląda na to by to uległo zmianom. Tak czy inaczej, doczekałem się wreszcie odpowiedzi. Umówiliśmy się niedzielnym porankiem w najmniej obleganej części uczelni i szczerze porozmawialiśmy przez chwile. To właśnie wtedy usłyszałem, że niestety nic z tego. Moja Wybranka okazała się mieć nieco inne priorytety niż ja. Nauka ponad uczucia. Uszanowałem w pełni jej decyzję, choć coś we mnie pękło. Przy czym nie chciałem by ta gorycz przesłoniła mi, było-nie-było, naszą całkiem sympatyczną relację. Dalsza rozmowa tej feralnej niedzieli stoczyła się na bardziej przyziemne/błahe sprawy. Potem wróciłem do "swoich" (jesteśmy w innych grupach ćwiczeniowych) i próbowałem przetrwać te 4,5 godziny bez większego wysiłku intelektualnego. Tego dnia nie potrafiłem myśleć o niczym innym. Nawet dwie czwórki z Academic Writingu nie zdołały wrócić uśmiechu na moją facjatę. Zmęczony wyjątkowo wyczerpującym, zarówno fizycznie i psychicznie, zjazdem wróciłem do domu i nie miałem co ze sobą zrobić. Była tylko ochota na zakatowanie się najbardziej dołującymi kawałkami jakie tylko były w zasięgu mojej podręcznej plejlisty. Nie było (i nie ma) we mnie złości ani nienawiści w jej kierunku. Jest wielki szacunek i podziw. W mojej głowie za to pojawiły się miliony pytań. Czy to ze mną coś nie tak? Czy aby na pewno wszystko zrobiłem dobrze? Może pośpieszyłem się i przestraszyłem ją tą propozycją? Nie wiem, zwyczajnie nie wiem.
Wiem tylko tyle, że ciężko mi będzie się z tego otrząsnąć. Postawiłem wszystko co mam na jedną kartę i przegrałem. Życie, chciałoby się powiedzieć. No cóż, ja takiego życia mam dość. Dosyć czekania na cud, dosyć działania w różnych kierunkach (by i tak w końcu dowiedzieć się, że to co się robi jest nikomu niepotrzebne - ot, żyjemy w czasach gdzie człowiek inwestujący w siebie coraz więcej jest dla społeczeństwa nic nie wartym śmieciem) by w końcu dowiedzieć się że jest się nikim. Nieciekawa perspektywa, najdelikatniej rzecz ujmując.
W sumie gdyby nie przyjaciele (K. & J. - major thanks to you both, you're the best), pewnie zdechłbym ze zgryzoty. Nadal mam w sobie pełno goryczy i coraz mniejsze pokłady nadziei, że kiedyś odbiję się od dna i wszystko wróci na właściwe tory. Pozostaje mi tylko czekać (i tak spędziłem na tym 3/4 swojego dorosłego życia, więc mam to gdzieś). Wiem, że złamane serce uda mi się skleić prędzej czy później. A co z resztą, bladego pojęcia nie mam. Chciałoby się przytoczyć fajne powiedzonko, które zatrzymało mój wzrok pewnego szarego dnia, a brzmi ono: "never a failure - always a lesson". Nie wiem tylko czy już dorosłem do tego by zidentyfikować się z nim w stu procentach.
Jest już marzec i wiosna puka do okien/drzwi, ale nie umiem się tym cieszyć. Przepraszam.
OST:
Placebo - The Bitter End (z albumu "Sleeping With Ghosts")
Opeth - Coil (z albumu "Watershed")

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz