poniedziałek, 1 marca 2010

ruins.

Wypadałoby tu odkurzyć trochę. Niestety okazja nie jest zbyt miła (bo czy zdarzały się miłe?). Jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi, ale życie mi się sypie. Właściwie to już się posypało i teraz tylko ściskam w dłoniach gruzy, kamienie i piach. Czyli to co mi zostało z pieczołowicie budowanych marzeń i planów na przyszłość.

Kolejny miesiąc spędzony na bezskutecznym poszukiwaniu pracy doprowadził mnie chyba na skraj rozpaczy. A raczej tego co myślałem, że nim jest. Irytacja, poczucie rosnącej beznadziei i ciągła presja ze strony rodziców (okazjonalne kłótnie wliczone w cenę podróży) sprawiały, że żyć mi się nie chciało. Gdzieś na boku, z dala od rzeczywistości i codziennej szarzyzny kombinowałem jak przełamać impas w życiu osobistym. Tegoroczne Walentynki miały być w jakiś sposób przełomowe. W pewnym sensie były. Szkoda tylko, że na minus. Moja Wybranka otrzymała dosyć osobisty list, w którym napisałem co mi na sercu leży i zaproponowałem spotkanie przy kawie/herbacie. Niestety nasze spotkania odbywają się li tylko i wyłącznie podczas uczelnianych zjazdów, więc na odpowiedź przyszło mi poczekać dwa tygodnie. Przez ten czas wyobraźnia podpowiadała mi najprzeróżniejsze obrazki. Barwne, sielankowe, kolorowe i pełne ciepła. A to wszystko w nadziei, że uda mi się wrócić na prostą. Jestem (na swoje nieszczęście) taką kreaturą, która postrzega miłość (i pozytywne uczucia ogólnie) jaką napędową siłę wszystkiego innego w życiu. Tak do tej pory egzystowałem sobie i, póki co, nie wygląda na to by to uległo zmianom. Tak czy inaczej, doczekałem się wreszcie odpowiedzi. Umówiliśmy się niedzielnym porankiem w najmniej obleganej części uczelni i szczerze porozmawialiśmy przez chwile. To właśnie wtedy usłyszałem, że niestety nic z tego. Moja Wybranka okazała się mieć nieco inne priorytety niż ja. Nauka ponad uczucia. Uszanowałem w pełni jej decyzję, choć coś we mnie pękło. Przy czym nie chciałem by ta gorycz przesłoniła mi, było-nie-było, naszą całkiem sympatyczną relację. Dalsza rozmowa tej feralnej niedzieli stoczyła się na bardziej przyziemne/błahe sprawy. Potem wróciłem do "swoich" (jesteśmy w innych grupach ćwiczeniowych) i próbowałem przetrwać te 4,5 godziny bez większego wysiłku intelektualnego. Tego dnia nie potrafiłem myśleć o niczym innym. Nawet dwie czwórki z Academic Writingu nie zdołały wrócić uśmiechu na moją facjatę. Zmęczony wyjątkowo wyczerpującym, zarówno fizycznie i psychicznie, zjazdem wróciłem do domu i nie miałem co ze sobą zrobić. Była tylko ochota na zakatowanie się najbardziej dołującymi kawałkami jakie tylko były w zasięgu mojej podręcznej plejlisty. Nie było (i nie ma) we mnie złości ani nienawiści w jej kierunku. Jest wielki szacunek i podziw. W mojej głowie za to pojawiły się miliony pytań. Czy to ze mną coś nie tak? Czy aby na pewno wszystko zrobiłem dobrze? Może pośpieszyłem się i przestraszyłem ją tą propozycją? Nie wiem, zwyczajnie nie wiem.

Wiem tylko tyle, że ciężko mi będzie się z tego otrząsnąć. Postawiłem wszystko co mam na jedną kartę i przegrałem. Życie, chciałoby się powiedzieć. No cóż, ja takiego życia mam dość. Dosyć czekania na cud, dosyć działania w różnych kierunkach (by i tak w końcu dowiedzieć się, że to co się robi jest nikomu niepotrzebne - ot, żyjemy w czasach gdzie człowiek inwestujący w siebie coraz więcej jest dla społeczeństwa nic nie wartym śmieciem) by w końcu dowiedzieć się że jest się nikim. Nieciekawa perspektywa, najdelikatniej rzecz ujmując.

W sumie gdyby nie przyjaciele (K. & J. - major thanks to you both, you're the best), pewnie zdechłbym ze zgryzoty. Nadal mam w sobie pełno goryczy i coraz mniejsze pokłady nadziei, że kiedyś odbiję się od dna i wszystko wróci na właściwe tory. Pozostaje mi tylko czekać (i tak spędziłem na tym 3/4 swojego dorosłego życia, więc mam to gdzieś). Wiem, że złamane serce uda mi się skleić prędzej czy później. A co z resztą, bladego pojęcia nie mam. Chciałoby się przytoczyć fajne powiedzonko, które zatrzymało mój wzrok pewnego szarego dnia, a brzmi ono: "never a failure - always a lesson". Nie wiem tylko czy już dorosłem do tego by zidentyfikować się z nim w stu procentach.

Jest już marzec i wiosna puka do okien/drzwi, ale nie umiem się tym cieszyć. Przepraszam.

OST:
Placebo - The Bitter End (z albumu "Sleeping With Ghosts")
Opeth - Coil (z albumu "Watershed")

Brak komentarzy: