No. Gorzkie żale czas zacząć.
Ptaszki od jakiegoś czasu świergotały, że źle się dzieje w świecie Nuka, więc teraz wypada to podsumować.
Od podjęcia pracy przeze mnie minął miesiąc z kawałkiem. Zaczęło się nieciekawie, bo w świat spedycji zaczął mnie wprowadzać człowiek, który był wyraźnie zmęczony życiem. Znerwicowany, niezdolny do okazywania reakcji żywszych niż mrugnięcie okiem, takie emocjonalne zombie. W dodatku w rozmowach starał mi się obrzydzić tę pracę już na samym wstępie. No cóż, udało mu się. Po dwóch dniach (SIC!) intensywnego kursu, po którym miałem w głowie jeden wielki mętlik, zostałem sam. Mój przewodnik odszedł na dobre z firmy. Drugiego dnia był zupełnie innym człowiekiem niż podczas naszego pierwszego spotkania. Wtedy nie potrafiłem zrozumieć takiego zachowania. Teraz rozumiem jak nigdy.
Męcze się w tej robocie i to jest fakt. Głównie z powodu ponoszenia odpowiedzialności za to co robią inni ludzie znajdujący się setki kilometrów ode mnie. Już na samym tej wstępie samotnej batalii, musiałem odkręcać wybryk kierowcy, który za swoją (i tylko swoją) głupotę zainkasował 150 euro kary. Innym razem zawracano mi głowę pierdołami o godzinie 5.00 rano w wolną sobotę, co jest już nieludzkie. No ale do rzeczy.
Do moich kompetencji należy obserwowanie dwóch giełd transportowych i wyszukiwanie co ciekawszych ładunków na określone typy samochodów, targowanie się, pilnowanie kierowców by wszystko szło zgodnie z planem itp. Bo niestety jak coś pójdzie nie tak, to zwykle jest na mnie. Po miesiącu zdążyłem nauczyć się rozrózniać różne typy ciężarówek jak i różnych innych myków-trików obowiązujących w tej "branży". Uczę się w sumie, po dziś dzień. Niestety spodziewano się, że od razu przejmę całą wiedzę i skillsy poprzednika, więc siłą rzeczy pracodawca musiał się srogo rozczarować. Nie mówiąc już o kierowcach. Ci panowie z kolei, to ludzie prości jak patyki i głupi jak buty, którzy myślą, że będe czuwał nad wszystkim 24/7. Nie. Niestety mam swoje życie i chce z niego korzystać póki mam okazję. Dźwięk dzwonka służbowego telefonu wywołuje we mnie reakcje podobne do tych jakie pojawiają się u normalnych ludzi słyszących skrobanie paznokciami o szkolną tablicę.
Zdążyłem już dostać kilka opierdolów zarówno od firm spedycyjnych, kierowców (w tym miejscu pozdrawiam brata szefa, świętą krowę w firmie, morona moronów, wcielenie Gargamela ze Smerfów) jak i samego szefostwa. To zapewne się nie skończy, bo kto w czasie miesiąca i paru dni na zupełnie nowym stanowisku jest w stanie opanować wszystkie mechanizmy działania tej zacnej "branży"? Praca z ludźmi, których IQ nie przekracza numeru buta przeciętnego dorosłego, niezbyt mi się uśmiecha, a co więcej, doprowadza mnie na skraj rozpaczy, bo ciągle muszę coś odkręcać, naprawiać itp. Gdybym wiedział, że to tak będzie wyglądać, to zażyczyłbym sobie tygodniowy okres próbny i powiedział po tym "do widzenia".
Ktoś pewnie zapyta "czemu nie zrezygnujesz?". Otóż wyjście z tej sytuacji nie jest tak proste. Po pierwsze muszę zapłacić za studia jakoś, a biorąc pod uwagę ile przesiedziałem na bezrobociu bezskutecznie szukając pracy, to sądze, że do tego czasu powinni mnie wywalić ze studiów za niepłacenie czesnego. Po drugie "oficjalnie" mnie tam w tej firmie nie ma, szefostwo złożyło papiery z moim imieniem i nazwiskiem w Urzędzie Pracy jako kandydata na staż i ciągle czekają na decyzję. Im dłużej się to przeciąga, tym gorzej dla mnie, bo dłużej będe musiał ślęczeć za tym przeklętym biurkiem. Tak czy siak, będe musiał się przemęczyć.
Generalnie znowu wyszło ze mnie to idealistyczne myślenie o życiu. Znowu dostałem za swoje. Mam wredną nadzieję, na to, że moi przełożeni bedą mieli dość pierwsi. A jak nie, to zobaczymy. Bo czuję, że zbliżam się do niebezpiecznej granicy wybuchnięcia przy pierwszym lepszym spięciu w przypadku niepowodzenia. Tick-tick-tick-tick.
Ka-Boom?
Ptaszki od jakiegoś czasu świergotały, że źle się dzieje w świecie Nuka, więc teraz wypada to podsumować.
Od podjęcia pracy przeze mnie minął miesiąc z kawałkiem. Zaczęło się nieciekawie, bo w świat spedycji zaczął mnie wprowadzać człowiek, który był wyraźnie zmęczony życiem. Znerwicowany, niezdolny do okazywania reakcji żywszych niż mrugnięcie okiem, takie emocjonalne zombie. W dodatku w rozmowach starał mi się obrzydzić tę pracę już na samym wstępie. No cóż, udało mu się. Po dwóch dniach (SIC!) intensywnego kursu, po którym miałem w głowie jeden wielki mętlik, zostałem sam. Mój przewodnik odszedł na dobre z firmy. Drugiego dnia był zupełnie innym człowiekiem niż podczas naszego pierwszego spotkania. Wtedy nie potrafiłem zrozumieć takiego zachowania. Teraz rozumiem jak nigdy.
Męcze się w tej robocie i to jest fakt. Głównie z powodu ponoszenia odpowiedzialności za to co robią inni ludzie znajdujący się setki kilometrów ode mnie. Już na samym tej wstępie samotnej batalii, musiałem odkręcać wybryk kierowcy, który za swoją (i tylko swoją) głupotę zainkasował 150 euro kary. Innym razem zawracano mi głowę pierdołami o godzinie 5.00 rano w wolną sobotę, co jest już nieludzkie. No ale do rzeczy.
Do moich kompetencji należy obserwowanie dwóch giełd transportowych i wyszukiwanie co ciekawszych ładunków na określone typy samochodów, targowanie się, pilnowanie kierowców by wszystko szło zgodnie z planem itp. Bo niestety jak coś pójdzie nie tak, to zwykle jest na mnie. Po miesiącu zdążyłem nauczyć się rozrózniać różne typy ciężarówek jak i różnych innych myków-trików obowiązujących w tej "branży". Uczę się w sumie, po dziś dzień. Niestety spodziewano się, że od razu przejmę całą wiedzę i skillsy poprzednika, więc siłą rzeczy pracodawca musiał się srogo rozczarować. Nie mówiąc już o kierowcach. Ci panowie z kolei, to ludzie prości jak patyki i głupi jak buty, którzy myślą, że będe czuwał nad wszystkim 24/7. Nie. Niestety mam swoje życie i chce z niego korzystać póki mam okazję. Dźwięk dzwonka służbowego telefonu wywołuje we mnie reakcje podobne do tych jakie pojawiają się u normalnych ludzi słyszących skrobanie paznokciami o szkolną tablicę.
Zdążyłem już dostać kilka opierdolów zarówno od firm spedycyjnych, kierowców (w tym miejscu pozdrawiam brata szefa, świętą krowę w firmie, morona moronów, wcielenie Gargamela ze Smerfów) jak i samego szefostwa. To zapewne się nie skończy, bo kto w czasie miesiąca i paru dni na zupełnie nowym stanowisku jest w stanie opanować wszystkie mechanizmy działania tej zacnej "branży"? Praca z ludźmi, których IQ nie przekracza numeru buta przeciętnego dorosłego, niezbyt mi się uśmiecha, a co więcej, doprowadza mnie na skraj rozpaczy, bo ciągle muszę coś odkręcać, naprawiać itp. Gdybym wiedział, że to tak będzie wyglądać, to zażyczyłbym sobie tygodniowy okres próbny i powiedział po tym "do widzenia".
Ktoś pewnie zapyta "czemu nie zrezygnujesz?". Otóż wyjście z tej sytuacji nie jest tak proste. Po pierwsze muszę zapłacić za studia jakoś, a biorąc pod uwagę ile przesiedziałem na bezrobociu bezskutecznie szukając pracy, to sądze, że do tego czasu powinni mnie wywalić ze studiów za niepłacenie czesnego. Po drugie "oficjalnie" mnie tam w tej firmie nie ma, szefostwo złożyło papiery z moim imieniem i nazwiskiem w Urzędzie Pracy jako kandydata na staż i ciągle czekają na decyzję. Im dłużej się to przeciąga, tym gorzej dla mnie, bo dłużej będe musiał ślęczeć za tym przeklętym biurkiem. Tak czy siak, będe musiał się przemęczyć.
Generalnie znowu wyszło ze mnie to idealistyczne myślenie o życiu. Znowu dostałem za swoje. Mam wredną nadzieję, na to, że moi przełożeni bedą mieli dość pierwsi. A jak nie, to zobaczymy. Bo czuję, że zbliżam się do niebezpiecznej granicy wybuchnięcia przy pierwszym lepszym spięciu w przypadku niepowodzenia. Tick-tick-tick-tick.
Ka-Boom?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz